pełen zlew

- o codzienności, zaczytaniu i bałaganie

Wróżenie z wnętrzności


Bywa, że czuję się na balkonie naszego mieszkania, jak w Poświatowie, jak na tamtejszym nieczynnym dworcu. Zwłaszcza tuż przed 4:00 nad ranem, kiedy lipcowe powietrze ma w sobie tę słodką gęstość lata, ale wciąż daje się odczuć subtelną nutę czerwcowej nieśmiałości.

Nasz balkon znajduje się na szczycie miasta – tak zwykłam mówić, odkąd tu zamieszkaliśmy. Mogę się na nim opalać nago albo sypiać w parne noce i nikt mnie nie zobaczy, choć jestem przecież w miejskim sercu. I kiedy tak błogo w promieniach ciepłego słońca, przychodzą mi na myśl Marta i Sara. W której z nich się odbijam trudno powiedzieć. Czy w którejś w ogóle? Bo jednak niepokoi myśl, że w żadnej. Podobno „niektóre kobiety zostają boginiami od razu, inne potrzebują czasu, a jeszcze inne zawsze będą tylko zapatrzonymi w bogów córkami śmiertelnych.“

Trudna sprawa tak pogodzić się z losem… Zwłaszcza, że podobno jestem otwarta, towarzyska i radosna. Czasem kreatywna. A przecież, jeśli sama miałabym o sobie opowiedzieć, raczej użyłabym antonimów tych określeń. A może po prostu jestem i taka i taka jednocześnie?

Lubię ciszę. Taką ciszę wypełnioną odgłosami codzienności. I lubię w tej ciszy szukać swojego miejsca, lubię dorzucać do niej ledwie słyszalne brzmienie własnego głosu, więc czytam szeptem kiedy jestem sama i opowiadam sobie czasem historie, żeby o nich nie zapomnieć. Często też „kradnę słowa ludziom i chowam je w moich wnętrznościach, gdzie żyją nowym życiem, życiem zamkniętym i cichym, przepływa przez nie moja krew i moje płyny, wtłaczam słowa w moje wnętrzności, słowo po słowie, wróżę z wnętrzności za pomocą słów, bo czasem przeczucia i obrazy nie wystarczają.“

Od ponad 10 lat nie mam telewizora, mniej więcej od takiego samego czasu nie słucham radia. Gazety codzienne czytuję sporadycznie i to też tylko wtedy, gdy wiem, że znajdę w nich coś intrygującego literacko. Często, gdy z kimś rozmawiam, łapię się na myśli, że „żyjemy w innych słownikach, mówimy innymi językami, już nie patrzymy w siebie jak w lustro“. A przecież kiedyś byłam inna.

I zdaje mi się często, że mieszkam w jakimś zapętleniu czasu. Można powiedzieć, że żyję w zmyśleniu, błądząc nieświadoma między doniesieniami o aktualnej sytuacji politycznej, wydarzeniach w kraju i na świecie, w oderwaniu od tego, czym często oddychają na co dzień ważne przecież dla mnie osoby. Bo dla mnie już jakiś czas temu „(…) nadeszły zwyczajne, spokojne dni (…), dni, o których się nie opowiada, bo nie można dobrze opowiedzieć ich cichej, bezpiecznej łagodności. Przeżywając je, każdy chciałby zamknąć je w opowieści, ale to niemożliwe, bo takie dni są do życia, a nie do opowiadania. W takie dni niewiele się dzieje, słowa padają rzadko i nikomu to nie przeszkadza. W takie dni wszystko jest tak, jak być powinno, i dlatego te dni nie potrzebują opowieści.“ I jeśli ktoś by mnie spytał, to ten mój świat, ten balkon i ta cisza są dla mnie nie tylko realne, ale namacalne i pierwsze.

Może dlatego wolę milczeć niż mówić. To wcale nie zawsze znaczy, że lubię słuchać. To w ogóle nie znaczy, że nie mam swojego zdania. To również nie znaczy, że milczę. Za to często szepczę, bo „szeptane słowa nie stykają się z rzeczywistością, bo ta jest na zewnątrz, a więc ustanawiają swój własny świat.“

Gdybym miała wybrać, którą ścieżką – Błażeja czy Mateusza – poszłabym, gdybym którąś pójść musiała, nie wiem, czy w ogóle ruszyłabym z miejsca. Bo prawda jest taka, że czasem obie są dla mnie kuszące – tak, tak właśnie czasem myślę, że chciałabym uciec albo zamilknąć i tylko słuchać, ewentualnie szeptać, tylko patrzeć, tylko wtapiać się w przestrzeń, nawet nie w tłum. I też czasem wróżę z wnętrzności swojej duszy, z jej trzewi skrytych za barwną fasadą roześmianej, odważnej dziewczyny, która ze wszystkim sobie poradzi. I czasem w rozdaniu wychodzą niepokojące karty. I czasem mam wrażenie, że „wszyscy nagle zastygli we własnych światach i pomiędzy tymi światami nie było żadnych przejść, żadnych spojrzeń i słów“.

„Wróżenie z wnętrzności“ czytałam w trudnej dla mnie chwili, ale też w chwili, w której najpełniej byłam w sobie, bo „dusze męczą się z różnych powodów i czasem wypoczynek pomaga, a czasem nie. Czasem jest tak, że ktoś uzna duszę wypoczętą za zmęczoną, i wtedy zaczynają się prawdziwe kłopoty.“ Może gdyby nie ten wyjątkowy moment, może gdyby nie trudne miesiące wcześniej, inaczej odebrałabym tę książkę, może umiałabym inaczej o niej napisać. Może skreśliłabym kilka zgrabnych słów na temat fabuły, dodała coś w stylu: jest to opowieść o braciach bliźniakach oraz ich tajemniczej historii, o milczeniu i odchodzeniu, o powrotach i prostych, co nie znaczy łatwych prawdach. Ta książka ma w sobie moim zdaniem ten rodzaj magii literackiej, który do każdego przemówi innym głosem. Sądzę, że „Wróżenie z wnętrzności“ to opowieść nie tyle o ucieczce, ile o wyborach i ich konsekwencjach. I może jeszcze o postrzeganiu, czy raczej dostrzeganiu. To nieśpieszna historia, która może oczarować, ale i przestraszyć, bo co jeśli i nam zamarzy się uciec…

Ale dziś, gdy myślę o tej książce, widzę przed oczyma barwne obrazy i kołacze mi się w głowie ta prosta prawda, że „nie trzeba mówić, kiedy jest wszystko powiedziane, bo słowa są ważne i trzeba ich używać rozsądnie. (…) słowa zużywają się i kiedy zbyt często mówimy, to może ich zabraknąć na rzeczy naprawdę ważne”.

Jeśli też czasem chcecie uciec, przeczytajcie. Jeśli nigdy nie mieliście ochoty, by uciekać, przeczytajcie.