pełen zlew

- o codzienności, zaczytaniu i bałaganie

Wstydzę się


I oto jest grudzień. Wytęskniony przeze mnie w tym roku, jak nigdy. Jeszcze nie śnieżny, już chłodny i ciemny. Siedzę od godziny otulona ciepłem i ciszą, obok, na “Wszystkich lekturach nadobowiązkowych” śpi pies, na “Szarych duszach” kot. Dla mnie został czas.

Napisałam “w tym roku, jak nigdy”, bo zwykle to listopada wyczekiwałam. Gdzieś od połowy października podekscytowana myślą, że to już, już blisko, już prawie, nie mogłam odłożyć “Muminków”. Poczytywałam, kiedy się dało. Taka tradycja – jak mówią niektórzy. Uzależnienie – jak mówią ci, co się na maniach znają.

Ten rok był jednak inny. Trudny. Ważny. W zasadzie jest, nie był. Na podsumowania jeszcze przecież nie czas. Zdecydowanie nie miejsce.

Kiedy więc tak dziś siedziałam zapatrzona w biel dokumentu tekstowego (jak bezdusznie to brzmi) przypomniał mi się wiersz, a właściwie Nefa mi go przypomniała taka zaspana, ułożona nieporadnie z pyskiem w Szymborskiej… Bo ja przecież też wolę koty, wolę siebie lubiącą ludzi i wolę kolor zielony – pomyślałam wysuwając zaślinioną nieco książkę spod czarnej mordki zwierza. I znalazłam zapomniane “Możliwości”, bo ja przecież też…

Wolę kino.
Wolę koty.
Wolę dęby nad Wartą.
Wolę Dickensa od Dostojewskiego.
Wolę siebie lubiącą ludzi
niż siebie kochającą ludzkość.
Wolę mieć w pogotowiu igłę z nitką.
Wolę kolor zielony.
Wolę nie twierdzić,
że rozum jest wszystkiemu winien.
Wolę wyjątki.
Wolę wychodzić wcześniej.
Wolę rozmawiać z lekarzami o czymś innym.
Wolę stare ilustracje w prążki.
Wolę śmieszność pisania wierszy
od śmieszności ich niepisania.
Wolę w miłości rocznice nieokrągłe,
do obchodzenia na co dzień.
Wolę moralistów,
którzy nie obiecują mi nic.
Wolę dobroć przebiegłą od łatwowiernej za bardzo.
Wolę ziemię w cywilu.
Wolę kraje podbite niż podbijające.
Wolę mieć zastrzeżenia.
Wolę piekło chaosu od piekła porządku.
Wolę bajki Grimma od pierwszych stron gazet.
Wolę liście bez kwiatów niż kwiaty bez liści.
Wolę psy z ogonem nie przyciętym.
Wolę oczy jasne, ponieważ mam ciemne.
Wolę szuflady.
Wolę wiele rzeczy, których tu nie wymieniłam,
od wielu również tu nie wymienionych.
Wolę zera luzem
niż ustawione w kolejce do cyfry.
Wolę czas owadzi od gwiezdnego.
Wolę odpukać.
Wolę nie pytać jak długo jeszcze i kiedy.
Wolę brać pod uwagę nawet tę możliwość,
że byt ma swoją rację.
– Wisława Szymborska, Możliwości (Ludzie na moście, 1986)

I wolę dotrzymywać słowa, a obiecałam sobie, jeszcze w październiku, że kiedy przetrwam listopad, to uprzątnę się, odświeżę. To zatrzymam na chwilę bądź dłużej, złapię oddech, zbiorę, co rozrzucone, skleję, co potłuczone, zetrę, co rozlane. W myśli i słowie. A zacznę od bycia tutaj.Myślałam już od października, o tym, co też Wam napiszę, kiedy nastanie magiczny pierwszy grudnia, o tym, o czym pisać Wam będę później, o tym, co będę czytać z wyboru a nie konieczności zawodowej i nieskromnie przyznam, że pomysłów miałam mnóstwo. A kiedy dziś wróciłam z pracy i ze spaceru z Nefer, kiedy siadłam tu, gdzie siedzę już kolejną godzinę, wszystko we mnie ucichło poza jedną myślą… że nie potrafię, że za mało wiem, że nie powinnam się odzywać, za mało czytam, za mało jestem… Że wstydzę się. Wstydzę się okrutnie “za każdym razem, gdy zaczynam nową rzecz” i “nie wiem, gdzie się bardziej schować, więc wychodzę do was”, bo wolę śmieszność pisania od śmieszności niepisania.