pełen zlew

- o codzienności, zaczytaniu i bałaganie

Stara Słaboniowa i spiekładuchy


“Ja już za stara na to po nocy latanie. Ciężko mnie chodzić bez te nogie pieruńskie, a i już się nie kce, jak to dawniej bywało. Dość mnie już tych spiekładuchów, tych popaprańców, co z ludzkiej głupoty i złości na nasz padół przychodzo i niecnotę czynio. A bo to już ni ma komu złego odganiać, ludzie tera uczone, w zabobony, jak to gadajo, nie wierzo. Już ino ja jedna została, co się zna na piekielnych sztuczkach. Trza robić, póki sił starczy. Mus je, ino ochoty ni ma. – Słaboniowa znowuż westchnęła.”

Ano westchnęła, bo i miała nad czym wzdychać. Choć Capówka pod Chmielowem nie za długa i niekoniecznie szeroka, to jednak chat parę stoi, a Słaboniowa wzrokiem swym sędziwym nadal sięga nieco za horyzont, o czym wielu mieszkańcom wsi przekonać się było dane nie raz.
Bo może i stara, może zmęczona, ale co jak co, wzrok to Słaboniowa ma dobry. A już oczyska zimne i pysk pociągły na skraju lasu dojrzy zawsze! I w ciemności przyczajoną nad kołyską kikimorę też wypatrzy. I między słowami wyczyta, co to za spiekładuchy kogo we wsi nawiedziły. A choć stare już kości odmawiają posłuszeństwa, to jak trzeba i zmorę schwyci do butelki i strzydze poradzi.

I umie się Teosia odgryźć wrednie a porządnie, oj umie. Takiej baby to i sam diabeł nie okiełzna. No chyba, że baba sama do diabła przyjdzie. Ale… z tym diabłem to w sumie długa historia, więc lepiej jak przeczytacie sami.

Prawdę powiedziawszy, aż mi słów brak, by opisać powieść Joanny Łańcuckiej i zazdrość aż łapie za serce, że nie ja takie cuda napisałam, jakby mi z duszy wyrwane. Bo, że opowiedziana historia urzeka, to już wielki atut i wcale nie często się zdarza takie dobrodziejstwo dla czytelnika. Ale że tak jest ta historia rozsnuta, by przed oczyma czytających wymalowały się mroźne wieczory, pola wiatrem zawiewane, wiejskie dni i noce, by poczuć ten zgrzyt, kiedy do tamtego świata wdziera się miejski gwar i pośpiech. By zadumać nad zaskakującą (a może też nieco przerażającą) harmonią owego świata z dziwami i spiekładuchami, które w świecie Teofili Słaboniowej z domu Maciorkowskiej istnieją na prawach równorzędnych z mieszkańcami Capówki…

A ma się Teosia, oj ma, z tymi swoimi krajanami… Wiele się dzieje w pozornie sennej wioseczce gdzieś na styku światów – tego, o którym wiemy i tego, którego istnienia nawet się nie domyślamy. My, którzy już zapomnieliśmy o zmorach, odmiankach, kikimorach, strzygach. Którzy czasem bezradnie rozkładamy ręce, kiedy dziecko choć zdrowe, przewinięte, nakarmione, wytulane krzyczy wniebogłosy, aż brak mu tchu. Kiedy wybudzić się ze snu nie umiemy, nie możemy się podnieść z posłania, a gdy wreszcie uda nam się wstać, to jakby noc przynosiła zamiast wytchnienia tylko potężne zmęczenie. My, którym mleko kupowane w supermarketach nie zsiada się, a o tym, że krowy mogą przestać być dojne, nigdy nie myślimy wrzucając do koszyka kolejny kartonik.

Więc nic dziwnego, że Słaboniowa tak się zapiera rękoma i nogami (choć coraz częściej odmawiają jej posłuszeństwa), by córka ją zabrała do tego świata, który dla nas jest codziennością, a dla niej groźniejszy jest niż zastępy strzyg.

Jeśli patrząc na „Starą Słaboniową i spiekładuchy” choć przez sekundę ktoś z Was pomyśli: może? – niech się nie waha, bo wiele się możemy od starej Słaboniowej nauczyć. Aż strach pomyśleć, jak wiele…

Ula Witkowska

Ula Witkowska

Tak sobie często myślę w skrytości, kim jesteś Ty, która/który to czytasz? Jak masz na imię? Co sobie teraz myślisz, gdyśmy już dobrnęli razem do tego miejsca? Jeśli możesz, daj mi po prostu znać, że jesteś <3 Niech wiem, że się tu dziś spotkaliśmy.

  • Facebook