pełen zlew

- o codzienności, zaczytaniu i bałaganie

Historia pszczół


„Rolnictwo bez pszczół nie ma szans. Ciągnące się kilometrami rzędy kwitnących drzew migdałowych lub połacie borówkowych krzewinek nie są nic warte, jeśli pszczoły nie przeniosą pyłku z jednego kwiatu na drugi.“

Nawet gdyby “Historia pszczół” nie była napisana tak urokliwie jak jest lub gdybym uznała tę książkę za nudną, to i tak gorąco bym ją polecała każdemu, kto tylko zachciałby słuchać. Z uwagi na motyw przewodni i myśl wpisaną w fabułę. Ta książka jest po prostu ważna.

Jedną z trzech linii narracyjnych jest wizja świata bez pszczół w roku 2098, o zgrozo, nie tak znów futurystyczna jeśli wziąć pod uwagę fakt, że w chińskiej prowincji Syczuan nie od dziś zapyla się ręcznie, bo już w latach 80. pszczoły tam wyginęły.

Powieściowy Pekin, do którego udaje się Tao, jedna z głównych postaci powieści, w poszukiwaniu swego synka, to przerażające, zrujnowane miejsce, do którego nie chciałabym nigdy trafić. Historia Tao rozwija się równolegle z dwoma pozostałymi liniami fabuły – losami XIX-wiecznego niespełnionego uczonego, ojca rodziny, który w 1852 roku umyka objęciom depresji w pracę nad udoskonaleniem ula oraz współczesnego amerykańskiego pszczelarza, Georga, którego marzeniem jest, by pasję rodzinną kultywował syn, ten jednak zdaje się mieć inny plan na życie.

Poza tym wszystkim, co możecie wyczytać również w innych recenzjach: że to piękna opowieść o więziach między rodzicami a dziećmi, że to o ambicjach, wyborach, trudnych relacjach i poza tym, że to także tragiczna wizja świata, w którym nie ma już pszczół, a ich pracę starają się wykonywać ludzie, to moim zdaniem tak powieść jest jeszcze o czymś wielce istotnym. O czymś, czego nie widzimy na co dzień. Czego nie dostrzeżemy być może nigdy, bo przecież często bywa, ze echa naszych czynów nabierają siły dźwięku dopiero lata po tym, jak my sami zamilkniemy.

Poniżej zdradzam ważne elementy fabuły, w tym też te związane z zakończeniem książki, jeśli jeszcze nie czytaliście „Historii pszczół“, a nie lubicie za dużo wiedzieć o fabule przed lekturą, ostrzegam.

Dla mnie to opowieść o wartości porażek.

Wspomniany w powieści Jan Dzierżon, nazywany ojcem współczesnego pszczelarstwa, w 1838 roku zbudował rozbierany, otwierany z boku ul szafkowy ze snozami – rozpoczęła się prawdziwa rewolucja w całej Europie. Również wspomniany w powieści Lorenzo Lorraine Langstroth, zwany (dla odmiany) ojcem amerykańskiego pszczelarstwa, stworzył w 1851 roku pierwszy otwierany od góry „ul zwany „ulem Langstrotha”, na którym do dzisiaj wzorują się nowoczesne typy uli. Jako pierwszy połączył ideę wyjmowanych ramek od góry z odkryciem, że pszczołom trzeba zostawić określony odstęp między plastrami i bee space wynoszącą ok. 8 mm (więcej niż 2/8 cala, ale mniej niż 3/8 cala) między górnymi i bocznymi beleczkami a skrzynią ula“. Żaden z nich nie jest główny bohaterem tej książki, za to jeden i drugi (czy może raczej ich odkrycia) mają ogromny wpływ na losy jednego z głównych bohaterów.

Bo oto według fabuły w 1852 roku William postanawia, że jednak coś osiągnie. Że wróci do porzuconej na rzecz rodziny nauki, będzie pracować z ukochanym synem, zobaczy podziw w oczach dawnego mistrza, że będzie coś znaczyć w dziejach ludzkości. Mierzy wysoko. I ma ku temu wszelkie warunki, bo w młodości wiele się nauczył, a teraz, w prawdzie po długiej przerwie, ale pracuje z zapałem, a jego myśli wędrują we właściwym kierunku, ale wystarczy przeanalizować daty, by wiedzieć, że William jest o krok do tyłu w tej historii. To, nad czym tak się głowi, już ktoś wymyślił, jedynie do niego ta wieść jeszcze nie dotarła…

Długo po lekturze brzmiały mi jeszcze w uszach jego słowa: „Nie ma żadnych wyraźnych znaków, że zrobiłem to, do czego zostałem stworzony. Nie dokonałem w ogóle niczego. Zestarzeję się, skurczę, a następnie zniknę, nie zostawiając po sobie śladu, nic po mnie nie zostanie.“ i nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to właśnie tu kryje się zalążek tego czegoś, co mnie tak urzekło w „Historii pszczół“.

Bo chociaż William czuje zawód, chociaż sądzi, że jego życie nic nie znaczy, chociaż myli się, drażni bezkrytycznym zapatrzeniem w syna, nie docenia szczęścia, jakie ma, chociaż wiecznie jest o krok w tyle, to nie na podstawie szkiców wspomnianych pionierów – Dzierżonia czy Langstrotha – ludzkość w powieściowym 2098 roku będzie starała się odbudowywać świat, a właśnie Williama. To nie kto inny, jak jego córka, ta ukryta w cieniu opowieści cicha dziewczyna, Charlotte, obdarzona bystrym umysłem i determinacją, będzie ostatecznie na tyle silna, by pójść dużo dalej, by wyprzedzić nie tylko ojca.

A kiedy w powieściowym 2007 roku George, pszczelarz z dziada pradziada staje w obliczu dramatu Colony Collapse Disorder – zespołu masowego ginięcia pszczoły miodnej – nie poddaje się. A później, w 2037, wydana zostaje książka Thomasa Savaga, syna Georga, który opisał ich nierówną walkę o uratowanie pszczół. I to właśnie ów książka – „Ślepy pszczelarz“ – w 2098 trafi w ręce Tao…

Po lekturze „Historii pszczół“, gdy coś mi się nie udaje, a nie udaje się aż nazbyt często, zastanawiam się, co by było ze światem w 2098, gdyby nie ci, którym się wcześniej nie udało, ci upadający, wątpiący ludzie, którym zdawało się, że nie spełnili oczekiwań, że polegli. I co, gdyby nie ci, którzy mieli odwagę mimo wszystko decydować inaczej, tacy, jak Charlotte czy Thomas, którzy wspięli się o stopień wyżej wsparci na historiach swoich rodziców.

„Za każdym wielkim wynalazkiem stoją tuziny pokonanych osobników, którzy zbyt późno próbowali zaistnieć. I (George) Savage był jednym z nich. Toteż nie doczekał się ani bogactwa, ani honoru dla siebie i rodziny.“ Ale to właśnie na bazie jego pracy, uratowanej i dopełnionej przez Charllote, udoskonalanej poświęceniem wielu kolejnych pokoleń, wreszcie spisanej przez Thomasa, ktoś będzie się starał zbudować coś nowego i cennego. Więc może jest jeszcze nadzieja.